Co w trawie piszczy, kiedy nic nie słychać?

 

orbitrek-magnetyczny-hs-40-e_0_b

 

Siedzę cicho jak mysz pod miotłą. Co się dzieje? Wakacje. Brak zorganizowania i czasu na cokolwiek, jakkolwiek śmiesznie i niedorzecznie to brzmi:) Co jakiś czas robię sobie rachunek sumienia wobec tego co jem, jak się ruszam, i czy w ogóle się ruszam, bo jeść jem dosyć solidnie;)

Jak na mnie przystało- są wzloty i upadki. Dzień z hektolitrami wody i dzień z dwoma Grześkami – wafelkami w sensie…

Wieczór z wielką werwą do siłowania się na moim ukochanym Orbim, który rozgrzewa mnie do czerwoności, i wieczór z telewizorem i chrupkami na kanapie. Hormony, nastroje… cóż poradzić. Jestem jednak spokojna. Waga spadła trochę- jakieś 4kg, trochę ruchu jest i refleksja nad jedzeniem też (szkoda, że czasem to tylko refleksja a nie zdrowy nawyk). Nie przeskoczę swoich fizjologicznych słabości do zjedzenia cukru trakcie PMS. Wolę zjeść batonika niż rozszarpać wszystko w drobny wiór…

 

Kolejny post o skórze. Tzn. o tym, jak dbam o skórę latem.

Pozdrawiam.

 

Morele !

Obrazek

Zupełnie przypadkiem odkryłam cudowne i wręcz natychmiastowe działanie suszonych moreli na mój organizm!:)

Suszone owoce jeść przy diecie i wysiłku treningowym trzeba, i to nie ulega wątpliwości. Z suszonych owoców najbardziej lubię gruszki, jabłka i morele właśnie. Zwykle ich nie kupuję, podjadam jedynie podczas  pieczenia ciast, stąd kojarzą mi się ze świętami i rodzinnym domem.

Tymczasem morele, oprócz tego, że są smaczne, mają też właściwości przeczyszczające (dosłownie!) i oczyszczające- poprawiają jędrność i koloryt skóry (o to to to!), nawadniają organizm (ot taki fajny paradoks związany z suszkami) i dodają energii.

Problem tylko taki, że jak ktoś planuje wprowadzić je do diety, powinien zacząć jeść je w wolne dni, by sprawdzić, czy przypadkiem nie działają zbyt mocno.

Smacznego:)

Szaleństwo!:)

Dzisiaj pokonałam samą siebie. 60 minut na orbitreku bez przerwy! Cud! Tak, niektórym to wyda się żałosne, ale dla kogoś, dla kogo 5 minut na tym urządzeniu kończyło się palpitacją serca- bynajmniej nie dlatego, że się zobaczyło pięknego trenera, te 60 minut to wielki wyczyn. Kaloriometr wskazał 500 spalonych kcal. Ładnie, chociaż to oczywiście tylko orientacyjna wartość. Dużo się zmienia. Jest ruch, ale nie jest to zwykły ruch, tym bardziej, że odbywa się zwykle przy tym: http://http://www.youtube.com/watch?v=kYtGl1dX5qI Niestety, nie umiem się od tego uwolnić ołiołiołioł…

Idzie ku dobremu!

Myślę, że jest dobrze. Trzymam się swojej diety, ćwiczę i jestem zdeterminowana. Do tego wszystko odbywa się spokojnie, mam rozum w głowie i determinację. Pozdrawiam akcjaminus10.wordpress.com tym serdeczniej, że z racji PMS też wczoraj złamałam się na marshmallows! Stałam przy półce pełnej żelków, pianek i innych cudów techniki cukierniczej w przemysłowym wydaniu, napawałam oczy feerią barwnych opakowań, potem je zamykałam, by pełnym namiętności dotykiem zbliżyć się do tego, czego mój organizm tak bardzo się domagał tonem, który nie znosi sprzeciwu. Ostatecznie zadzwoniłam do męża, by pożalić się na swą słabość, z nadzieją, że zabroni mi przygarnąć te pyszności, ale niestety kazał kupić. Słowa męża- święte słowa. Stało się. Na pochwałę zasługuje jedynie fakt, że nie zjadłam całego opakowania, jedynie połowę, ale za to już w autobusie mpk.

Moja waga pokazała wczoraj 55,3kg- nie wiem, czy to możliwe, ale za 1,5 tygodnia uciekło ode mnie dwa kilogramy mnie. Ponad!

Dzisiaj jest luz. Jutro rano znowu siłownia. Robię ćwiczenia, które zalecił trener personalny- do tego włączyłam 20 min orbitreka i 10 minut szybkiego marszu na bieżni. Na siłowni przebywam do 2h, łącząc i mieszając ćwiczenia.

Po siłowni jest mi straaasznie zimno. Szukam przyczyny. Wiem, że może być oczywista, ale moje ćwiczenia nie są tak wyczerpujące, by było mi zimno z przemęczenia. Co może być zatem powodem moich dreszczy?

Od jutra zwiększam intensywność i czas wykonywania poszczególnych ćwiczeń. Zobaczymy, jak będzie szło. Ponoć na orbitreku, jeśli chce się schudnąć, a nie wyrobić mięśnie, trzeba ćwiczyć na najmniejszej sile. Czy to prawda?

 

Biegać? Ale jak?

Biegać? Ale jak?

Spowiadam się z ostatnich dni:

sobota- obiad zły, bo kaloryczny- mięso w sosie-słodko-kwaśnym, potem na szczęście oszczędnie

niedziela- obiad zły, bo zapiekanka na Kazimierzu. Miałam urodziny- musiałam!:) Góralska z ogórkiem i szczypiorkiem, mmmm…. Ten smak odchodzi w zapomnienie, musi… Lody truskawkowe z białym waflem w „Zbliżeniach” też długo mnie nie zobaczą, a ja ich. Chociaż mój osobisty trener personalny, czyli Brat, orzekł, że w ostateczności lody jeść mogę, a w ogóle skoro lubię słodycze, to mogę sobie robić dzień przyjemności w niedzielę i zjeść coś jednego małego. To jest jakieś wyjście, aczkolwiek wolę walczyć ze sobą niż ulegać pokusom tego świata. Ciekawe, co by na to Sęp-Szarzyński…

ps. mam nawet zdjęcia z czasu rozpusty, wrzucę je, jak dostanę od brata:)

W poniedziałek, czyli wczoraj, miałam trening wprowadzający. Zadowolona jestem bardzo. Trening oczywiście nie z Bratem, a z bardzo sympatycznym panem, który powiedział, że jestem szczupła (i chwała mu za to, bo to mnie zmotywowało dodatkowo!). Dostałam kilka fajnych wskazówek, będę walczyć z udami i wzmacniać brzuch- to na początek. Pomiar wyników w połowie czerwca, więc dam z siebie wszystko!

Kazał pan biegać. Nie za długo, nie za krótko, lecz w sam raz. Kazał pan dbac o kregosłup, , bo odcinek lędźwiowy fika przy prawie każdym ćwiczeniu. Pływać pan kazał, i robić śmieszne ruchy na krawędzi łóżka. A na koniec powiedział: będzie dobrze!:)

Będzie!

Co prawda nie wiem, jak biegać, ale Pet Shop Boys na pewno mi podpowie (dzą).

Czołem!

Dzien 3. i dzień 4.

ObrazekObrazek

 

Tak więc mam kolejne dwa dni nowego stylu życia za sobą;) W tym czasie nie zjadłam nic słodkiego, a to jest powód do dumy. Obiady mojej diety mają to do siebie, że szybko się je robi- z tego co zwykle i tak jest w lodówce; nie trzeba kombinować wychodząc z pracy, co ugotować. Jest lato, jest łatwiej.

Wczoraj na siłowni lekko przesadziłam, bo dzisiaj rano nie byłam w stanie poruszyć! W tym momencie czuję, że na szczęście rozchodziłam ten zdrowy ból. Pół godziny na bieżni, pół godziny na stepie, rowerek i ćwiczenia na „fotelu ginekologicznym”. Do tej pory tylko widziałam, że mam uda. Teraz także to czuję!!!;) W poniedziałek idę na trening wprowadzający z trenerem. Będę musiała pokazać obcemu facetowi pupę, i to na własne życzenie…

Na siłowni jednak przekonałam się, że nie takie rzeczy ci trenerzy widzieli. Przekonałam się też, że nie jestem tak gruba, bym nie mogła być po prostu szczupła, a także o tym, że podczas biegu serce nie wypada przez gardło, mózg nie wylewa się uszami, a nogi nie wchodzą do pupy.

W nagrodę za te odkrycia biegnę na Plac Imbramowski po kwiaty. Omijam windę, oczywiście.

Zastanawiam się tylko, co zrobię na urodzinach grillowych;)

 

Dzień 2- obiad, siłownia, peeling

  • Dzień był dobry.Obrazek

Obiad był dobry- łosoś wędzony, gotowana zielona fasolka, pomidory, seler naciowy i oliwki. Smacznie, zdrowo i bez katowania się!

Ani grama słodyczy, soli szczypta, wody też niestety za mało. O wodzie napiszę w osobnej notce.

Tymczasem wszem i wobec ogłaszam początek mojej wielkiej przygody z siłownią!:)

Najpierw zapisałam się na Zumbę (z krzesłami!), ale nie zdążyłam na pierwszą sesję i poszłam z Bratem na siłownię. Mój Brat jest trenerem personalnym, zna się na rzeczy i pokazał mi co i jak. Musiał wykazać się przy tym ogromną siłą woli, determinacją i talentem pedagogicznym, a także cierpliwością i spokojem ducha. Zostawiał mnie ze sprzętem, instrukcją i szybkim treningiem, oddalał się, po czym wracał i wytykał mi, ile serii nie zrobiłam, ile oszukałam i że ruszam rękami przy podnoszeniu hantelek jakbym miała odlecieć;) Pora kupić sportowy biustonosz, bo za mój dzisiejszy też mi się oberwało, chociaż był bezfiszbinowy!;)

Wydaje mi się, jakbym odkryła Amerykę, albo obudziła się z zimowego snu. Ruszam się, umiem się spocić i przełamałam swój strasznie nudny wizerunek. Ahoj przygodo!

Było fajnie! Jutro pewnie się nie poruszę! Ale było naprawdę fajnie!

Waga po treningu pokazała 56,3kg. Trochę wody poszło.

Jutro wkleję zdjęcie prawdy o mnie- wydruku z wagi. Świetna sprawa- już wiem, ile waży moja lewa noga, i ile procent tłuszczu mam w prawej ręce;)

Tymczasem przepis na peeling, który przed chwilą zrobiłam:

peeling

  • trochę soli, trochę cukru (w tych samych ilościach)
  • sok z połówki cytryny
  • starty kawałek imbiru
  • kilka kropel wody utlenionej
  • kilka kropel olejku do kąpieli/ masażuCiało najpierw myję delikatnym żelem. Wycieram ręcznikiem i dopiero wtedy nakładam za pomocą ostrej rękawiczki kąpielowej peeling. Masuję nim skórę do,rzecz jasna, rozpuszczenia się cukru.
    Efekt gwarantowany! Skóra trochę piecze, ale to akurat dobrze! Po takim peelingu nie jest konieczne stosowanie balsamu. Wystarczy spłukać ciało zimna i ciepłą (na zmianę) wodą.
    Ot! cała filozofia!     Peeling ten będę stosować po każdej wizycie na siłowni.

Dzień 1. Obiad

Obrazek

Zaczęło się standardowo: filet z kurczaka w ziołach, bez soli; szpinak liściasty na oliwie oliwek z czosnkiem. Będę zamieszczać tutaj kulinarne wybryki lub pójścia na łatwiznę, to będzie dodatkową motywacją i sposobem na kontrolę tego, co jem.

W swoim życiu tylko raz byłam na poważnej diecie. Dieta była poważna, bo kopenhaska, ja natomiast poważna nie byłam. Pamiętam jak na zajęciach z SCSu zrobiło mi się nagle czarno przed oczami, jak powoli wracałam do normy, i jak szybko potem tyłam, poznając najbardziej skryte tajemnice efektu jo-jo. Schudłam 6kg, ale ponieważ przerwałam wątek w połowie cyklu diety, przytyłam 10. Też fajnie… Ilekroć jem szpinak bez soli, tylekroć przypomina mi się ta dieta. Brrr!

Jutro  zamieszczę przepis na mój peeling. To będzie coś!;) Jak dbać o ciało w czasie diety i ćwiczeń?

WZLOTY I UPADKI

Image

 

Tak się składa, że zawsze miałam tendencje do tycia. Owszem, jest to świetna wymówka: „jestem gruba i będę gruba, czy zjem batonika czy go nie zjem”…. „Zjadłam już jedno ciastko, zjem i drugie- w końcu i tak tyję”…. Na ruch sprecyzowany jakoś nigdy nie wystarczało mi czasu i ochoty- z naciskiem na „ochoty”. Jako dziecko byłam słodkim pulpecikiem… Już samo zestawienie tych słów przyprawia o mdłości, a jednak na studiach było jeszcze gorzej. Stres i masa zajęć stawały się przeszkodą w jedzeniu w ciągu dnia, a potem jak maratończyk tuż przed metą biegłam w wyciągniętymi rączkami (łapami!) do lodówki, gdzie czekały na odgrzanie prawdziwe polskie i domowe pierogi ruskie! Moja waga na trzecim roku studiów pokazała nic innego jak 70kg!… Potem była miłość, ruch wynikający z radości życia i 12 kg straciło się samodzielnie, bez mojej świadomej ingerencji, ale z przyzwoleniem na normalne jedzenie wszystkiego! I teraz jest raz lepiej, raz gorzej: od 55 do 57kg, a marzeniem jest 51-52. Da się zrobić? Da się! Tylko teraz tak:

1.Wyeliminować wrogów: słodycze (dopuszczam okazjonalne spożycie ciasta domowego wypieku w ilości nie przekraczającej jeden mały kawałek!), tłuszcze poddawane smażeniu- przecież bez tego naprawdę da się żyć!, pieczywo z piekarni- zero białego chleba, ciemne pieczywo dopuszczam do spożycia w sytuacjach kryzysowych, zamiast tego do kolacji 2 kromeczki „wasy graham”,cola i inne hedonistyczne napoje- z dumą ogłaszam, że nie piję coli od 1. stycznia 2013- jest to dla mnie ogromny wyczyn, ale daję radę. Dr. Peppera też już nie wyznaję:), podbieranie jedzenia z lodówki, szafki, talerza mężowskiego– no tak, bo zwykle czegoś nie chcę, a zaraz potem wyjadam Mężowi to, co jego- on jest głodny, ja gruba, a przecież o małżeństwo trzeba dbać i o zgodę w nim zabiegać!:), dojadanie między posiłkami– sprawa na tyle oczywista, że aż wstyd o tym pisać, ale muszę sobie to uzmysłowić, wracać do tego, pamiętać, bo niestety czasami podjada się od niechcenia, bo krakersiki w miseczce albo Liony z Biedronki (niesmaczne przecież!) w koszyku…

2. Ruszać rękami, nogami, tułowiem- tak, prowadzę bardzo, bardzo, bardzo siedzący tryb życia- generalnie siedzę za biurkiem, stołem, na kanapie, na krawężniku, przy tym mówię, nauczam, mądrzę się okropnie, piszę, czytam, ręce załamuję, głową kiwam- i to by było na tyle z ruchu. W bloku mam windę, do pracy mam blisko, a na moje szczęście pewien kardiolog jakieś 5 lat temu orzekł, że mam niedomykalność zastawki, więc hulaj duszo, ruchu nie ma!… Aż tu ekg pokazało: biegać możesz, pływać możesz, wszystko możesz, ale z umiarem. No i karnet od brata, gdybym jednak nie zechciała uwierzyć polskiej służbie mojego zdrowia:) Winda na schody- siaty w łapę, a autobusach mpk zrobię miejsce starszym i przebieżę ten straszny dystans dwóch przystanków!

3. Nie ulegać pochodzącym z zewnątrz teoriom: Wyglądasz dobrze. Pewnie, że dobrze wyglądam, powiedziałabym, że za dobrze:) Jednocześnie nie popadać w skrajności, bo wiem, że schodzenie poniżej 50kg w moim przypadku nie jest konieczne, a może stać się niebezpieczne, bo jest granica, której przekroczenie odbiera z kilogramami kawałek mózgu odpowiedzialnego za rozsądek… Tak więc, Mamuś, don`t worry:)

4. Ważyć się i mierzyć. No trudno- co się okaże, to się okaże. Dziś stanęłam nad przepaścią swojej wagi, no i musiałam łyknąć te 57kg, no musiałam. Łyknęłam,niedobrze mi:)

                             Trzeba zwrócić te 5 kg. Daję sobie na to dwa miesiące. Rozsądnie i zdrowo.

              Proszę o rady, wskazówki, pomysły na posiłki i ćwiczenia.